Kolejny protest czy druga rewolucja irańska?

Demonstracje także pojedynczych kobiet w irańskich miastach (zdj. Twitter)
Demonstracje także pojedynczych kobiet w irańskich miastach (zdj. Twitter)
Czy jesteśmy świadkami początków rewolucji, która zmiecie reżim ajatollahów? Czy też jednak brakuje elementów, które pozwolą protestantom skutecznie przeciwstawić się irańskim władzom?

Udostępnij:

Hegel uczył, że sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu. Stosunkowo łatwo analizuje się dane wydarzenie ex post, kiedy znamy jego przebieg i bezpośrednie skutki. Obecna sytuacja w Iranie jest dynamiczna. Protesty trwają dłużej niż można by przypuszczać. Zaangażowało się w nie młode pokolenie Irańczyków, ale również głos kobiet i mniejszości etnicznych stał się ponownie słyszalny. To jednak za mało, by można odtrąbić sukces.

Wsłuchując się w głosy analityków, publicystów i komentatorów, mówiące o protestach w Iranie, przeważa umiarkowany entuzjazm. Uległ mu między innymi Joe Biden, który 3 listopada wygłosił przemówienie w  MiraCosta College w pobliżu San Diego. „Nie martwcie się, wyzwolimy Iran. Oni wkrótce sami się wyzwolą” – powiedział Biden, nawiązując do trwających w Iranie protestów. W kalifornijskim miasteczku zgromadziły się dziesiątki demonstrantów z transparentami wyrażającymi poparcie dla oburzonych Irańczyków.

Wypowiedź ta odbiła się szerokim echem w mediach. Pojawiły się nawet pogłoski o większym zaangażowaniu się Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Spekulacje te uciął dzień później rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego John Kirby „Prezydent wyrażał swoją solidarność z protestującymi, tak jak to robił od samego początku” – powiedział urzędnik. „Władze Iranu stają w obliczu problemów, które same sobie zgotowały, a my będziemy nadal szukać sposobów, by pociągać do odpowiedzialności ten reżim za sposób, w który traktuje własnych obywateli” – dodał. Jednocześnie zapewnił, że Biały Dom nie ma informacji wskazujących na to, że trwające od ponad miesiąca protesty mają słabnąć. Stanowisko to nie było zapowiedzią żadnego konkretnego działania, a jedynie symbolicznym gestem.

Słowa amerykańskiego przywódcy sprowokowały reakcję Teheranu. „Zapewniam prezydenta Bidena, że Iran stał się wolny 43 lata temu” – powiedział prezydent Iranu Ebrahim Raisi podczas obchodów rocznicy przejęcia przez demonstrantów ambasady USA w Teheranie. 43 lata temu irańscy studenci zajęli amerykańską ambasadę w Teheranie po tym, gdy ówczesny prezydent USA Jimmy Carter wyraził zgodę na leczenie w Stanach Zjednoczonych obalonego szacha Mohammada Rezy Pahlawiego. Uwięzieni w budynku zakładnicy zostali uwolnieni po 444 dniach, kiedy Cartera na stanowisku głowy państwa zastąpił Ronald Reagan. Rocznica ta stała się dla reżimu w Teheranie okazją do zademonstrowania siły. Zgromadzeni zwolennicy władzy skandowali hasła: „Śmierć Izraelowi, śmierć Ameryce”. Jednocześnie głos Bidena został wykorzystany propagandowo – miał on uwiarygadniać narrację, że za obecnymi protestami stoją Stany Zjednoczone i Arabia Saudyjska. Nieprzypadkowo propaganda irańska ciągle powtarza słowo „doszman”, co znaczy tyle, co „wróg”, który ma podnosić rękę na uświęcone rządy irańskich teokratów. Narzędziem działania zgniłego Zachodu mają być perskojęzyczne redakcje działające poza krajem (Iran International, Persian BBC), internet oraz media społecznościowe. O zgubnym wpływie internetu na młode pokolenie Irańczyków mówią także osoby kojarzone z głosem opozycji (np. Mohammad Chatami). Władze blokując dostęp do internetu starają się pozbawić protestujących narzędzia komunikacji; robią to nawet wtedy, kiedy blokada sieci uniemożliwia normalne działanie wielu przedsiębiorstw i zakładów produkcyjnych. Propaganda przeciwko protestującym opiera się na chwytach wykorzystywanych już w przeszłości: obcy, zgniły Zachód, wykorzystują młodzież do wojny hybrydowej przeciwko rządowi, będącym gwarantem narodowej jedności i depozytariuszem „prawdziwych irańskich wartości”. Jak zauważa iranistka dr Sylwia Surdykowska-Konieczny, „narzędzia, po które sięga establishment, są dziś przestarzałe, a najlepszym dowodem rozdźwięku między władzą a młodzieżą jest to, że… nie potrafi opracować lepszych”. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że aktualizacja kliszy: „my Irańczycy atakowani przez doszmana”, wydaje się skierowana do odbiorców starszych. Mimo digitalnej rewolucji „tradycyjne” media, takie jak telewizja czy radio, nadal mają ogromną siłę odziaływania.

Żeby zrozumieć, co się dzisiaj dzieje, trzeba znać Iran, rozumieć Irańczyków. Wiesz, co dla nas jest najważniejsze? Rodzina, dzieci.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że władze Irańskie podążyły drogą obraną przez komunistyczne Chiny i Rosję, które w tłumieniu protestów i wprowadzeniu społecznych narzędzi kontroli mają więcej niż bogate doświadczenia. Nie bez przyczyny władza sięga po przemoc. Nie oszczędza nawet nieletnich. Niezależna agencja informacyjna HRANA 4 listopada podała, że od 16 września życie w zamieszkach straciło co najmniej 314 mieszkańców Iranu, w tym 47 nieletnich. 14 170 osób zostało aresztowanych podczas demonstracji w 134 miastach i miasteczkach oraz na 132 uniwersytetach. Zabijanie nastolatków z jednej strony świadczy o bezwzględności irańskiego reżimu, z drugiej zaś przyczynia się do jego moralnej kompromitacji. Żadna, nawet najbardziej autorytarna władza, nie może pozwolić sobie na strzelanie do dzieci, wywołuje to bowiem bunt i staje się nieuchronnie przyczyną społecznego gniewu.

Na kwestię tę zwraca uwagę Irańczyk, który w rozmowie z Martą Urzędowską z „Gazety Wyborczej” przyznaje:  „Żeby zrozumieć, co się dzisiaj dzieje, trzeba znać Iran, rozumieć Irańczyków. Wiesz, co dla nas jest najważniejsze? Rodzina, dzieci. A teraz ludzie codziennie słyszą o zabitej piętnasto-, szesnastolatce. Nawet ci, którzy wcześniej nigdy nie protestowali, po prostu nie wytrzymują. To już nie jest czas, żeby milczeć. Czasem się zastanawiam, kto doradza tym reżimowym idiotom. W każdym razie to na pewno nie są ludzie, którzy rozumieją Iran i Irańczyków. To wygląda raczej tak, jakby ktoś im podszeptywał, jak popełnić najgorsze błędy, robić największe głupoty. Kiedy tylko pojawia się szansa, że protesty zaczną zamierać, ginie kolejna dziewczyna, kolejne dziecko i wszystko zaczyna się od nowa. Powiedzieć, że dolewają oliwy do ognia, to nie powiedzieć nic”. Aktywista podkreśla, że w wielu obywatelach zaszła psychologiczna zmiana: ludzie przestali się bać władzy, mimo tego, że stosuje ona cały arsenał środków represji – od wyrzucania z pracy i szkoły aż po egzekucje i tortury. Zwraca także uwagę na nieśmiałe ruchy opozycji, która zaczyna w protestach upatrywać szansy na zmianę władzy. Wywiad ten jest oczywiście zapisem stanu świadomości człowieka bezpośrednio zaangażowanego w protesty. Jak uczy historia (nie tylko Iranu) zwykle bojownicy o wolność ulegają romantycznym porywom, które raz przynoszą upragnione zwycięstwo, a innym razem stają się źródłem rozczarowań i traumy.

„The Economist”  26 października opublikował prognozę, która neguje możliwość upadku reżimu w Teheranie. Masowe protesty przeciwko skorumpowanej władzy nie są niczym nowym w najnowszej historii Iranu. Powtarzają się one mniej więcej co dekadę, kiedy na społeczną scenę wkracza nowe pokolenie. Obecnie protesty trwają z dość dużą intensywnością dość długo; ogarnęły swoim zasięgiem nie tylko klasę średnią z dużych miast, ale także prowincję. Tłumione głosy kobiet i przedstawicieli mniejszości etnicznych mogą teraz wybrzmieć z całą stanowczością. To masowe niezadowolenie, zdaniem dziennikarzy brytyjskiego tygodnika, może zapowiadać „początek końca islamskiego reżimu”.

Wprawdzie trudno wyobrazić sobie powrót Iranu do status quo, mówienie jednak dziś o tym, że reżim upadnie w najbliższym czasie, wydaje się zbyt optymistyczne. W kraju liczącym ponad 85 milionów mieszkańców (dane z 2021 r.) w protesty bezpośrednio angażuje się kilkadziesiąt tysięcy osób – liczebność tej grupy nie stanowi masy krytycznej pozwalającej na zmianę władzy. Dla porównania w 2009 roku protesty były dużo liczniejsze i trwały z różnym natężeniem blisko pięć miesięcy. Jak podkreśla iranista Marcin Krzyżanowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego, bunt ten w przeciwieństwie do poprzednich ma strukturę rozmytą – z jednej strony nie pozwala to władzom aresztować lidera opozycji, z drugiej zaś brak wyraźnego przedstawiciela sprawa, że nie wyłania się żaden kandydat, który mógłby zastąpić skorumpowany reżim. Jednocześnie warto pamiętać, że niemała grupa obywateli Iranu popiera obecną władzę bezwarunkowo (30-40 procent), zaś elektorat chwiejny, który swój stosunek do władzy uzależnia od poziomu życia, waha się miedzy 10 a 15 procentami. Poza tym, żeby doszło do znaczącej zmiany politycznej armia musiałby przejść na stronę ludu, zaś irański system represji musiałby zostać sparaliżowany. Obecnie na to się jednak nie zanosi.

Tutaj rodzi się pytanie, czy obecne protesty podmyją fundamenty reżimu, czy też doprowadzą do jego konsolidacji i poczucia zupełniej bezkarności, przejawiającej się przede wszystkim w gotowości strzelania do dzieci. Odpowiedź na to pytanie jest o tyle istotna, że na naszych oczach rysuje się nowy podział świata, którego jedną z osi stanowi sojusz Mokwa-Pekin-Teheran. Zresztą ograniczone do dyplomatycznych gestów reakcje polityków Zachodu świadczą raczej o ich bezsilności. Zmiana w obecnych warunkach, bez zaistnienia dodatkowych czynników, jest trudna do pomyślenia.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn