Cena bezbronności. Nielegalna migracja i zgoda na autorytaryzm.

Imigranci eskortowani przez białoruskie służby w celu przełamania granicy (zdj. Twitter) Nielegalna imigracja
Imigranci eskortowani przez białoruskie służby w celu przełamania granicy (zdj. Twitter)
Białoruś kopiuje rozwiązania Turcji w wywieraniu nacisku na Europę. Wcześniej dzięki tej samej Turcji uniknęła sankcji unijnych i natowskich.

Udostępnij:

Źródła kryzysu na granicy polsko-białoruskiej tkwią w oddaniu kluczy do bezpieczeństwa Europy tureckiemu reżimowi. Dziś Mińsk sprawdza, czy zostanie potraktowany tak samo jak Erdogan.

We wrześniu 2015 roku kanclerz Niemiec Angela Merkel podjęła bez żadnej podstawy prawnej decyzję o otwarciu granic Unii Europejskiej. Decyzja ta skutkowała wzmożonym ruchem migracyjnym. W jej wyniku w kolejnym roku w Niemczech złożono ponad 1,4 mln wniosków o azyl. Sytuacja zmieniła się w 2016 roku, kiedy Unia Europejska podpisała umowę z Ankarą. Od tamtego momentu imigracja do Niemiec spadła do poziomu 15 tysięcy osób miesięcznie. Można więc było ogłosić sukces – Niemcy zachowały się humanitarnie, a jednocześnie zapewniły UE bezpieczeństwo jej granic. Miało to jednak swoje koszty – w zamian za ochronę granic unijnych zobowiązała się wypłacić Ankarze 6 miliardów euro.

Dość szybko okazało się jednak, że Erdogan będzie grał twardo z Brukselą i Berlinem, domagając się jeszcze większych funduszy. W marcu 2020 roku otworzył granicę z Unią Europejską tak, żeby migranci mogli swobodnie przedostawać się do Bułgarii i Grecji. Na terytorium Grecji dostało się wówczas około 1200 osób, zaś pod samą granicą koczowało ich od 20 do 30 tysięcy osób. Strona turecka zawyżała liczbę imigrantów nawet dziesięciokrotnie, by wywrzeć presję w negocjacjach dotyczących przedłużenia umowy migracyjnej. Ostatecznie Erdoganowi udało się uzyskać dodatkowe 485 milionów euro.

Turcja wobec kryzysu między Europą a Białorusią

Kiedy Unia była zajęta kryzysem na Morzu Śródziemnym, Erdogan wykorzystywał swoją pozycję negocjacyjną do tego, żeby poprzez naciski na Berlin ograniczyć sankcję unijne wobec Łukaszenki po sfałszowanych białoruskich wyborach i brutalnie rozprawił się z opozycją (przywódca Turcji bez zastrzeżeń uznał sfałszowane wybory na Białorusi, do samego Łukaszenki pospieszył z gratulacjami).

Kwestia stosunku do Turcji do pewnego stopnia podzieliła wówczas Wspólnotę. Po jednej stronie znalazły się Polska i kraje bałtyckie, którym zależało na ukaraniu Mińska, po drugiej zaś Cypr i Grecja, które swoją zgodę na sankcje wobec Białorusi uzależniały od tego, czy Unia podejmie działania wobec awanturniczej polityki Erdogana na Morzu Śródziemnym. W sierpniu 2020 roku autor niniejszego tekstu pisał: „Upiorny 'sojusz’ dwóch satrapów, Erdogana i Łukaszenki, jest szczególnie niebezpieczny dla Unii Europejskiej; po pierwsze bowiem nie pozwala realizować celów Wspólnoty w basenie Morza Śródziemnego i bronić strategicznych interesów jej członków; po drugie – wzmacnia siły antydemokratyczne na Wschodzie, sprawiając, że państwa bałtyckie czują się coraz bardziej zagrożone przez białoruski reżim, zza którego pleców wyglądają zielone ludziki Putina”.

W tej grze nie zorientował się polski rząd, który zdecydował się na zacieśnienie współpracy z Turcją w zakresie bezpieczeństwa. Nie założono, że skoro Unia jest gotowa płacić za własne bezpieczeństwo rządom autorytarnym, to w kolejce po pieniądze ustawią się kolejne państwa. Można powiedzieć, że splotły się ze sobą tutaj dwa czynniki – niezdolność Europy do samodzielnej ochrony własnych granic oraz rozkwit reżimów autorytarnych u jej sąsiadów.
Warto przypomnieć, że turecki prezydent po raz kolejny opowiedział się przeciwko Polsce i stanął po stronie Białorusi w maju tego roku, kiedy to Łukaszenka porwał samolot pasażerski z opozycjonistą Romanem Protasewiczem na pokładzie.

Warszawa i kraje bałtyckie chciały zdecydowanej reakcji NATO, polegającej na poparciu kroków karnych wobec Mińska. Intencje Turcji nie były jasne, jednakże rozmaite i złożone relacje Ankary z Moskwą pozwalają sądzić, że działania Turków podyktowane były ich dyplomacją na tym kierunku. Ostatecznie dzięki Erdoganowi Łukaszence udało się uniknąć sankcji. Mało tego – na wniosek Ankary złagodzono także tekst oficjalnego oświadczenia, w którym nie zdecydowano się na wystosowanie oficjalnego apelu o uwolnienie więźniów politycznych. Zresztą podobną odezwę można by wystosować pod adresem Turcji.

Europa wobec szantaży migracyjnych

Paradoks całej sytuacji polega na tym, że Unia Europejska nie tylko płaci miliardy euro za trzymanie migrantów poza jej terytorium, ale także milcząco akceptuje porządki autorytarne w Turcji (centralizację władzy, prześladowania mniejszości etnicznych, wymazywanie dziedzictwa chrześcijańskiego, prześladowanie opozycji, dziennikarzy czy naukowców). Sytuacja ta zrodziła w Mińsku pokusę do tego, żeby wypróbować broń sprawdzoną wcześniej przez Erdogana. Łukaszenka właśnie sprawdza, czy w zamian za niesprowadzanie imigrantów dostanie od UE pieniądze i akceptację (choćby milczącą) jego tyrańskich rządów.

Na ważny rys psychologiczny białoruskiego dyktatora zwrócił uwagę dziennikarz Jakub Biernat, stwierdzając, że wizja świata białoruskiego dyktatora została ukształtowana, kiedy był jeszcze szefem przywięziennego zakładu pracy. Nieprzypadkowo Łukaszenka w swoich wystąpieniach publicznych używa zakorzenionego w gwarze więziennej czasownika „nakłonit” (zgiąć), oznaczającego gwałt na więźniu dokonywany przez innych osadzonych. W jego świecie obowiązują reguły mafijne: zemsta i bezlitosne wykorzystywanie wszelkich słabości. Pytanie tylko, czy Europa jako wspólnota jest dziś w stanie działać solidarnie i zdecydowanie bronić własnych granic? Test wciąż trwa.

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn